Co tam w lesie słychać:)

Tak jak wczoraj napisałam, ciągnęło mnie do lasu, ciągnęło i zaciągnęło… Dzisiaj od rana leje deszcz. Nawet psa nie chciała spacerować. Co prawda dzisiejszy spacer nie jawił jej się zbyt ciekawie, bo nie szłyśmy nad rzekę (zakropiłam zwierzątko wczoraj na kleszcze), ale myślę, że i deszcz też zrobił swoje. Psa po kilku zakosach z drogi do lasu usiadła przede mną i poprosiła o frolika. A to oznacza koniec spaceru. Dla niej oczywiście, bo dla mnie to oznaczało trochę niewyspacerowanego czasu, więc po odstawieniu psy do domu, poszłam z koszykiem do lasu. A deszcz lał coraz bardziej… Po kilkunastu minutach poczułam, że spodnie mam mokre. Po pół godzinie woda chlupała mi w kaloszach. Przy każdym schyleniu się po grzyba czułam, że wyżymam wodę ze spodni. Ale nic – grzybobranie trwało. Wzięłam kurs na brzezinki, bo miałam nadzieję znaleźć tam kozaki. I były. Nie jakieś zatrważające ilości, ale znalazłam dziewięć. Tutejsze kozaki są śliczne, ich kapelusze mają kolor zimowych saren:) A po brzezinkach przyszedł czas na skarpę maślaczkową. I nie zawiodłam się:)

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Wracając do domu, obmyślałam strategię zapobieżenia przeziębieniu. Spodnie przykleiły mi się do ud, w kaloszach chlupotało, czułam, że robi mi się zimno i nieprzyjemnie…  Po powrocie do domu napaliłam w kominku. Ale postanowiłam rozgrzać się jeszcze w jeden sposób. Naleweczką dziadziusia…

A z naleweczką dziadziusia to jest tak: w zeszłym roku dziadziuś zaczął mnie odwiedzać. Wpadał niespodziewanie w ciągu dnia pogadać. Miałam czas, bo akurat mało pracowałam, czekałam na operację barku. Tak więc jak dziadziuś przychodził, to częstowałam go herbatą i ciastem. Ale dziadziuś miał inne plany odnośnie naszych spotkań. Któregoś razu wyciągnął zza pazuchy flaszeczkę nalewki własnej roboty i zaproponował, żebyśmy się napili. Tłumaczyłam dziadziusiowi, że nie piję, ale nie mógł tego pojąć. Więc dla świętego spokoju zgodziłam się na wypicie jednego niewielkiego kieliszka. Dziadziuś wypił kilka takich kieliszków. Odprowadziłam go do furtki, wsiadł na rower i niewielkim zygzakiem skierował się ku wsi. A flaszeczkę z resztką nalewki zostawił. Po kilku dniach pojawił się ponownie, bez roweru. Przyspacerował dziarsko wspomagając się laską. I znowu wyciągnął flaszeczkę. Tym razem wypiłam pół kieliszka. Dziadziuś wypił mniej niż poprzednio, mówiąc, że tak samemu to nie bardzo… I znowu zostawił flaszeczkę z resztką nalewki. A potem przez jakiś czas nie przychodził. Jesienią chodziłam z dziadziusiem na grzyby. Któregoś razu było bardzo zimno, grzybów niewiele. Wracaliśmy szybkim krokiem z lasu. I wtedy w drodze do domu postanowiłam rozgrzać się po powrocie naleweczką dziadziusia. Pomogło. Mam więc nadzieję, że i dzisiaj pomoże:)

This entry was posted in Hmmm co by tu...?. Bookmark the permalink.
Loading Facebook Comments ...

6 Responses to Co tam w lesie słychać:)

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *