Na kursie krawieckim uczyłam się podstaw kroju i szycia ubrań. Nie na wiele mi się to przydało, bo szycie ubrań nie stało się moją pasją. Ale była jakiś czas temu okazja, na którą postanowiłam uszyć ubrania, bo wiedziałam, że będzie duży problem z kupieniem takich, jakie sobie wymyśliliśmy. A taką okazją był mój ślub z Maciejem. Mieszkanie w Chacie za wsią i ślub w jej okolicy do czegoś zobowiązuje. Na tę okazję nie pasuje biała suknia i elegancki garnitur czy smoking. Zresztą tak odziani czulibyśmy się jak pajace… Stroje ludowe? Przesada. Też czulibyśmy się przebrani, a nie ubrani. Ale lekka stylizacja – dlaczego nie?
Na miesiąc przed ślubem zabrałam się do roboty. Najpierw były poszukiwania odpowiednich materiałów. Tutaj bardzo pomogła mi Ania, nie da się ukryć – prawdziwa krawcowa (nie to co ja…) i zabrała mnie do hurtowni materiałów, w której często się zaopatruje. Tam szybko znalazłam oliwkową bawełnę na koszulę dla Macieja (był to dla niego mały szok, gdyż ustaliliśmy, że będzie to kremowy materiał, ale ta oliwka do mnie zawołała…). Potem wśród masy belek wyszperałam materiał dla mnie na spódnicę – pięknie kwiecisty, taki jakiego szukałam. No i tu rozpoczęły się schody… bluzkę chciałam mieć w kolorze kremowym, dokładnie takim, jak ten, co był na materiale na spódnicę. W hurtowni nie było materiału w takim odcieniu. Odwiedziłam w Warszawie kilka sklepów z materiałami i nic… Zrezygnowana postanowiłam raz jeszcze pojechać do tej hurtowni. I okazało się, że był tam materiał, który wydawał się zbyt ciemny, ale tylko wtedy, gdy był zwinięty na beli. Gdy obejrzałam go po rozłożeniu pojedynczo, okazał się idealny:) Udało mi się też kupić bardzo ładną taśmę do obszycia koszuli Macieja.
Uprosiłam Anię, żeby przygotowała formę na Maciejową koszulę, gdyż ja, po krótkim kursie krawieckim, nie umiałam tego zrobić. Ania szybko uporała się z formą. Na moją bluzkę znalazłam formę w Burdzie, a spódnicę sama wymyśliłam, bo miała być prosta.
I co z tego wyszło? Wyglądaliśmy właśnie tak:
Maciejowa koszula ma stójkę obszytą taśmą ozdobną. Tą samą taśmą wykończyłam rozcięcie koszuli i rękawy. Natomiast dół koszuli wykończyłam listwą i ściegiem ozdobnym.
Moja bluzka była bardziej pracochłonna. Uparłam się na wykończenie ręczne dekoltu – nigdy tego nie robiłam, ale zawsze musi być ten pierwszy raz. A rękawy i dół bluzki wykończone były haftem maszynowym:
No i muszę się pochwalić:) Maciej tak polubił ślubną koszulę, że bardzo chętnie występuje w niej na koncertach. A ja mam w planach uszycie kolejnej, tym razem z czarnego lnu (leży już od roku w szafie i czeka…). A wykończenia planuję trochę inne niż w tej oliwkowej. Co prawda kupiłam już taśmę ozdobną, ale chyba wolę hafty na stójce, rozcięciu, dole rękawów i dole koszuli. Zobaczymy co mi z tego wyjdzie… i kiedy…





3 Responses to Co mi się jeszcze zdarzyło uszyć?